- Trzymasz się jakoś? - blondyn siada nieopodal mnie, wpatrując się w punkt za oknem.
- A wyglądam? - śmieję się ironicznie, przeczesując włosy. Lynch wzrusza ramionami, mrucząc coś pod nosem.
- Ross się o ciebie martwi - zaczyna.
- Nigdy za sobą nie przepadaliśmy - wzdycham, przerywając tym samym jego wypowiedź.
- Co nie wyklucza tego, że jednak się tobą interesuje.
- Ty i Tony zawsze próbowaliście nas pogodzić na siłę. Tym razem też ci nie wyszło - kręcę głową z dezaprobatą,
- Tony, gdzie ty mnie ciągniesz? - zaśmiałam się, grzecznie podążając za brunetem.
- Idziemy w pewne miejsce - odpowiedział tajemniczo, przyciągając mnie do siebie.
- Ile razy mam ci powtarzać, że nie lubię niespodzianek - westchnęłam. Resztę drogi spędziliśmy w ciszy, aż dotarliśmy pod dom rodziny Lynch. Spojrzałam na chłopaka niepewnie, na co on odpowiedział pokrzepiającym uśmiechem.
- Już mi się to nie podoba - mruknęłam pod nosem, wchodząc do mieszkania.
- Hej Tony, po co przyszliście? - z kuchni wyłonił się Ross. Obrzuciliśmy siebie gardzącym spojrzeniem i nawet nie odezwaliśmy słowem.
- Przyprowadziłem Alexis, porozmawiajcie - wypchnął mnie lekko do przodu, z przepraszającym uśmiechem wymalowanym na twarzy.
- Żartujesz, tak? - zapytałam z nadzieją, na co brązowooki bezgłośnie odpowiedział "przepraszam" i wyszedł. Spuściłam wzrok na moje znoszone trampki.
- Możesz sobie stąd iść, nie będę tęsknił - osiemnastolatek uśmiechnął się chamsko, na co ja skinęłam głową i chwyciłam za klamkę. Zastygłam w miejscu i spojrzałam przed ramię.
- Nie wiem co takiego ci zrobiłam, że aż tak bardzo mnie nienawidzisz Ross.
- Mówię poważnie, Alex. Proszę pogódźcie się już, bo wasz spór naprawdę nie ma sensu.
- Gdybym to ja jeszcze wiedziała dlaczego on tak bardzo mnie nie lubi - śmieję się pod nosem, patrząc na kolejne krople spływające po szybie. Podobno pogoda odzwierciedla humor ludzi.
- Kiedyś ci to wytłumaczę mała - słyszę z głębi mieszkania głos młodszego Lynch'a.
- Zawsze lubiłeś mnie tym denerwować - spoglądam na niego z kpiącym uśmiechem na twarzy.
- Nigdy mi tego nie zabraniałaś.
Nasze relacje może są trochę lepsze niż były jeszcze rok temu, mimo to nadal za sobą nie przepadamy.
- Nie rób niczego głupiego, a nawet gdyby to zanim się poddasz, pomyśl o tym dlaczego trzymałaś się przy życiu tak długo - spogląda na mnie ze współczuciem wymalowanym na twarzy i nie żegnając się, wychodzi, a tuż za nim Riker. Zanim się poddasz, pomyśl o co walczyłaś, kruszyno.
niedziela, 22 marca 2015
3. I Lived
- Chodźmy do centrum handlowego, proszę - słyszę to od około 20 minut w kółko.
- Evelyn, ja nigdzie nie idę - zaprzeczam. Nie mam ochoty nigdzie wychodzić, a już na pewno nie do centrum handlowego, gdzie kręci się mnóstwo ludzi z naszej szkoły. Nie chcę aby zobaczyli mnie w takim stanie. Z pewnością te plastiki, w tym moja siostra, wyśmiałyby mnie jaka to ja jestem słaba. Moja rodzona siostra bliźniaczka mnie nienawidzi i kpi ze mnie na każdym kroku. Nie wiem co ja jej takiego zrobiłam, że tak mnie traktuje. Tutaj nie ma żadnej siostrzanej solidarności, jest tylko walka, która z nas jest lepsza. W tym momencie ja odpadam w przedbiegach, a Belle ze startu wygrywa i zgarnia wszystkie laury. Dobijająca rzeczywistość, z którą zdążyłam się pogodzić doszczętnie. Niech ktoś mnie wyręczy i zabije.
- Alexis, mówię coś do ciebie - macha mi ręką przed oczami.
- Tak, tak - mówię pośpiesznie, potrząsając głową twierdząco.
- Więc co powiedziałam przed chwilą? - zakłada ręce na biodrach, spoglądając na mnie wyczekująco.
Unoszę ręce do góry w geście obrony.
- Zamyśliłam się, przepraszam - szepczę, chowając twarz we włosach.
- W porządku. Mówiłam, że może byśmy poszły do Lynch'ów. Nie widziałyśmy się z nimi od czasu kiedy... - szybko przerywam jej.
- Milcz.
- Dobrze. Więc, chcesz do niech iść czy nie? - wzdycha zrezygnowana.
- Innym razem - odpowiadam wymijająco, idąc w stronę salonu.
- Nie odcinaj się od świata, Lex. Popadasz powoli w paranoje.
- Nie wiesz co ja czuję. Nie przeżyłaś tego co ja i nie możesz się wypowiadać na ten temat.
- Ja jednak myślę, że mogę, nie mając aż tak wielkiego pojęcia - kręci głową ze zrezygnowaniem - przemyśl moją propozycję i zadzwoń, gdy podejmiesz decyzję. Do zobaczenia - wychodzi trzaskając drzwiami. Biorę do ręki kubek wypełniony gorącą herbatą i siadam na parapecie. Za oknem panuje niezła ulewa, a co jakiś czas po okolicy roznosi się grzmot i przeszywające szare niebo, pioruny.
- Nie bój się, jestem przy tobie, kruszyno - brunet przyciąga mnie do siebie, a ja wtulam się w niego jak w pluszowego misia. Za oknem rozlega się przyprawiający mnie o dreszcze grzmot, a ja odruchowo mocniej ściskam materiał koszulki chłopaka. Brązowooki kojąco gładzi mnie po głowie, nucąc pod nosem jakąś śliczną melodię.
- Dziękuję ci, że ze mną jesteś. Jako jeden z nielicznych cały czas mnie wspierasz na tym chorym świecie - chichoczę, spoglądając na niego z dołu.
- Wiem, kruszyno, wiem - śmieje się, całując mnie w czoło.
- Czasami jesteś zbyt uroczy - mówię, a chłopak marszczy śmiesznie brwi.
- Sugerujesz mi, że mam być niegrzecznym chłopcem?
- Grzeczne dziewczynki lubią niegrzecznych chłopców, skarbie - przelotnie cmokam go w usta i biegnę do sypialni. Piszczę, gdy czuję obejmujące mnie w biodrach dłonie.
- I co teraz zrobisz, kruszyno? - chowa twarz w zagłębieniu mojej szyi.
- Będę prosić o litość mój największy skarb na ziemi - uśmiecham się do siebie.
- Nigdy bym cię nie skrzywdził.
- Wiem - szepcze do siebie, wtulając się w chłopaka.
- Nawet nie wiesz jak mi ciebie brakuje, Tony - mówię, patrząc na krople deszczu, spływające po szybie.
- Nadal za nim tęsknisz - słyszę za sobą. Znam tą barwę głosu doskonale.
- Nigdy się nie pogodzę z jego odejściem, Riker - kręce głową ze zrezygnowaniem.
- Evelyn, ja nigdzie nie idę - zaprzeczam. Nie mam ochoty nigdzie wychodzić, a już na pewno nie do centrum handlowego, gdzie kręci się mnóstwo ludzi z naszej szkoły. Nie chcę aby zobaczyli mnie w takim stanie. Z pewnością te plastiki, w tym moja siostra, wyśmiałyby mnie jaka to ja jestem słaba. Moja rodzona siostra bliźniaczka mnie nienawidzi i kpi ze mnie na każdym kroku. Nie wiem co ja jej takiego zrobiłam, że tak mnie traktuje. Tutaj nie ma żadnej siostrzanej solidarności, jest tylko walka, która z nas jest lepsza. W tym momencie ja odpadam w przedbiegach, a Belle ze startu wygrywa i zgarnia wszystkie laury. Dobijająca rzeczywistość, z którą zdążyłam się pogodzić doszczętnie. Niech ktoś mnie wyręczy i zabije.
- Alexis, mówię coś do ciebie - macha mi ręką przed oczami.
- Tak, tak - mówię pośpiesznie, potrząsając głową twierdząco.
- Więc co powiedziałam przed chwilą? - zakłada ręce na biodrach, spoglądając na mnie wyczekująco.
Unoszę ręce do góry w geście obrony.
- Zamyśliłam się, przepraszam - szepczę, chowając twarz we włosach.
- W porządku. Mówiłam, że może byśmy poszły do Lynch'ów. Nie widziałyśmy się z nimi od czasu kiedy... - szybko przerywam jej.
- Milcz.
- Dobrze. Więc, chcesz do niech iść czy nie? - wzdycha zrezygnowana.
- Innym razem - odpowiadam wymijająco, idąc w stronę salonu.
- Nie odcinaj się od świata, Lex. Popadasz powoli w paranoje.
- Nie wiesz co ja czuję. Nie przeżyłaś tego co ja i nie możesz się wypowiadać na ten temat.
- Ja jednak myślę, że mogę, nie mając aż tak wielkiego pojęcia - kręci głową ze zrezygnowaniem - przemyśl moją propozycję i zadzwoń, gdy podejmiesz decyzję. Do zobaczenia - wychodzi trzaskając drzwiami. Biorę do ręki kubek wypełniony gorącą herbatą i siadam na parapecie. Za oknem panuje niezła ulewa, a co jakiś czas po okolicy roznosi się grzmot i przeszywające szare niebo, pioruny.
- Nie bój się, jestem przy tobie, kruszyno - brunet przyciąga mnie do siebie, a ja wtulam się w niego jak w pluszowego misia. Za oknem rozlega się przyprawiający mnie o dreszcze grzmot, a ja odruchowo mocniej ściskam materiał koszulki chłopaka. Brązowooki kojąco gładzi mnie po głowie, nucąc pod nosem jakąś śliczną melodię.
- Dziękuję ci, że ze mną jesteś. Jako jeden z nielicznych cały czas mnie wspierasz na tym chorym świecie - chichoczę, spoglądając na niego z dołu.
- Wiem, kruszyno, wiem - śmieje się, całując mnie w czoło.
- Czasami jesteś zbyt uroczy - mówię, a chłopak marszczy śmiesznie brwi.
- Sugerujesz mi, że mam być niegrzecznym chłopcem?
- Grzeczne dziewczynki lubią niegrzecznych chłopców, skarbie - przelotnie cmokam go w usta i biegnę do sypialni. Piszczę, gdy czuję obejmujące mnie w biodrach dłonie.
- I co teraz zrobisz, kruszyno? - chowa twarz w zagłębieniu mojej szyi.
- Będę prosić o litość mój największy skarb na ziemi - uśmiecham się do siebie.
- Nigdy bym cię nie skrzywdził.
- Wiem - szepcze do siebie, wtulając się w chłopaka.
- Nawet nie wiesz jak mi ciebie brakuje, Tony - mówię, patrząc na krople deszczu, spływające po szybie.
- Nadal za nim tęsknisz - słyszę za sobą. Znam tą barwę głosu doskonale.
- Nigdy się nie pogodzę z jego odejściem, Riker - kręce głową ze zrezygnowaniem.
***
Hej wszytkim here's Phoenix :)
przybyłam do was z rozdziałem, który miał się pojawić w środę (tak mi się wydaje)
Na samym końcu pojawiła się już postać z R5
Stopniowo będę ich wprowadzać, więc don't worry ;)
Myślę, że kolejny chapter pojawi się w czwartek ( to bardzo możliwe)
Mam nadzieję, że rozdział wam się spodobał
See you soon!
~Phoenix
środa, 18 marca 2015
2. Losing sleep
- Alexis, poznaj mojego przyjaciela Tony'ego. Kretynie, to moja przyjaciółka, Lex - przestawia mnie Riker, obejmując ramieniem. Śmieję się słysząc jego słowa i kątem oka zerkam na nieznajomego. Jest przystojny, nawet bardzo. Na jego twarzy cały czas widnieje szeroki uśmiech. Nie dopatruję się szczegółów, ponieważ w klubie jest dosyć ciemno i wszystko oświetlają pojedyncze, kolorowe światełka.
- Miło mi ciebie poznać - podaję mu rękę, a on ją delikatnie ściska, nadal unosząc kąciki ust ku górze. Wydaje mi się sympatyczny, bo dlaczego by nie?- Mi również. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz się spotkamy - uśmiecha się szarmancko. Pomimo tego, że panuje półmrok, mogę stwierdzić, że wygląda genialnie. Uśmiecham się pod nosem i kieruję się w stronę baru. Siadam na stołku przy blacie i wołam jednego z barmanów.
- Jack'a Danielsa - mruczę, podpierając brodę o blat. Riker gdzieś zniknął, tak samo Ross, więc jestem skazana na samotność. Świetnie.
- Alkohol dla pięknej pani - blondwłosy kładzie przede mną kieliszek wypełniony jasnobrązową cieczą. Kiwam głową w ramach podziękowania i chwytam naczynie w rękę. Duszkiem wypijam całą zawartość szkła i od razu czuję w ustach gorzki posmak, palący moje gardło.
- Nie wyglądasz na fankę alkoholi - słyszę za sobą, a gdy się odwracam, widzę mojego nowego znajomego.
- Bo nią nie jestem, ale każdy od czasu do czasu może trochę wypić, nie sądzisz?
- Zależy - odpowiada lakonicznie, jakby nad czymś się głębiej zastanawiał.
- Cokolwiek - wzruszam obojętnie ramionami, odstawiając na blat pustą szklankę. Ta rozmowa jest wręcz porywająca. Zawsze mogło być gorzej.
Budzę się zgrzana i oblana potem. Nadal jestem ubrana w rzeczy, które miałam na sobie, czyli musiałam zasnąć, nawet nie pamiętam kiedy. Ten sen był taki realistyczny. Pomimo tego, że miało to miejsce dwa lata temu, nadal pamiętam jakby to było zaledwie wczoraj. Tęsknie za nim tak bardzo. Rozglądam się po pomieszczeniu i zauważam brak żyletki, która leżała niedaleko mojej ręki. W fotelu siedzi Evelyn wpatrzona w ekran swojego IPhone. Wygląda lepiej niż kilka godzin temu. Co za ulga.
- Eve - mówię słabym głosem, a dziewczyna unosi wzrok znad urządzenia i przenosi go na mnie. Unoszę lekko kąciki ust, próbując upozorować z tego uśmiech. Niestety, nie wychodzi mi to za dobrze i zamiast tego wychodzi grymas. Blondynka wybucha głośnym śmiechem i odkłada telefon na bok, po czym podchodzi do mnie.
- Jak się czujesz?
- Śnił mi się, Tony - szepczę, wpatrując się w swoje dłonie. Spoglądam raz na moje zniszczone, poobdzierane paznokcie, raz na Stark.
- Powinnaś o nim zapomnieć - burczy pod nosem.
- Problem w tym, że nie potrafię.
- Nie popadaj w paranoję, Lex - kręci głową, podnosząc się z łóżka - jesteś silna, zrób to dla niego i nie popełniaj żadnych głupstw - dodaje, nawet na mnie nie spoglądając.
- Kłamstwo - szepczę - dobrze spróbuję - odpowiadam nieco głośniej. Ale wiem, że to z góry skazane jest na porażkę. Moje życie jest pozbawione sensu, więc po co żyć?
piątek, 13 marca 2015
1. Stay With Me
- Alex, otwórz te drzwi! - po pokoju rozlega się walenie o drzwi. Nie reaguję. Bezwładnie leżę na łóżku wpatrując się w sufit. Nie odpowiadam na żadne z wołań. W prawej dłoni zaciskam żyletkę, która wbija mi się w skórę. Łzy ściekają po policzkach. Nie próbuję ich powstrzymać, nie potrafię, nie chcę, nie mam na to siły. Kolejne uderzenia o drewno.
- Alexis, do cholery! - moja przyjaciółka dobija się do drzwi.
- Nie rozumiecie, że chcę być sama?! - krzyczę, jeszcze bardziej zalewając się łzami.
- Płaczem i odcinaniem się od nas, nie przywrócisz go do życia. Szkodzisz sama sobie.
Wypuszczam z ręki żyletkę, a ta spada na pościel i brudzi ją krwią. Jestem pozbawiona chęci do życia. Wstaję z łóżka i chwiejnym krokiem podchodzę do drzwi, po czym łapię za klamkę. Moja dłoń zamiera na klamce.
- Lex, porozmawiajmy - mówi Evelyn, ponownie uderzając w drzwi, lecz tym razem już lżej. Otwieram drzwi, a blondynka rzuca mi się na szyję i zamyka w niedźwiedzim uścisku.
- Cześć - uśmiecham się szeroko w stronę bruneta.
- No hej, piękna - chłopak przytula mnie do twojego torsu. Czuję się tak bezpiecznie. Wreszcie ktoś mnie kocha i potrzebuje. Rodzice mnie ignorują i krytykują na każdym kroku. Mam ich dosyć. Po moim policzku ściekają słone łzy.
- Wszystko w porządku? - Tony całuje mnie w czubek głowy, przytulając odrobinę mocniej.
- Nie. Nic nie jest w porządku. Oni znowu zaczęli mnie krytykować i porównywać do Annabelle. Ja już nie daję rady - zacisnęłam w ręce fragment jego śnieżnobiałej koszulki.
- Będzie dobrze. Nigdy cię nie zostawię.
- Zostawiłeś mnie - szeptam do siebie, odrywając się od Evelyn. Moja przyjaciółka wygląda jakby nie spała co najmniej dwa dni. Ma podkrążone oczy, przetłuszczone, opadające na bladą twarz blond włosy. To wszystko moja wina. Tylko i wyłącznie moja.
- Tak bardzo cię przepraszam - ponownie wtulam się w Stark, brudząc tuszem materiał jej różowej koszulki.
- Nic się nie stało. No już cichutko - próbuje mnie uspokoić głaszcząc po głowie.
- Przeze mnie on nie żyje - załkałam, siadając na kanapie.
- Nie prawda - zaprzecza Eve.
- Zwykłe pieprzenie. Gdybym się wtedy z nim nie pokłóciła, on by nie wsiadł do tego pieprzonego samochodu. Wszystko to moja wina - krzyczę, chowając twarz w dłoniach.
- Spokojnie... - przerywam jej.
- Zostaw mnie samą - mój głos powoli się załamuje - proszę.
- Nie zrób nic głupiego, Alexis - i po pomieszczeniu roznosi się dźwięk zamykanych drzwi. Spieprzyłam wszystko. Tracę wszystkich. Kto następny? Ross? Rydel? A może Riker? On też nie może sobie wybaczyć śmierci Tony'ego. Wszyscy za nim tęsknią. Jednak dla mnie to jak odebranie cząstki mojej duszy. Zerkam kątem oka na leżącą na pościeli zabrudzoną szkarłatną cieczą żyletkę.
"Zostanę tutaj. Dla niego"- powtarzam sobie w myślach, ale wiem, że jestem zbyt słaba i sobie nie poradzę.
- Alexis, do cholery! - moja przyjaciółka dobija się do drzwi.
- Nie rozumiecie, że chcę być sama?! - krzyczę, jeszcze bardziej zalewając się łzami.
- Płaczem i odcinaniem się od nas, nie przywrócisz go do życia. Szkodzisz sama sobie.
Wypuszczam z ręki żyletkę, a ta spada na pościel i brudzi ją krwią. Jestem pozbawiona chęci do życia. Wstaję z łóżka i chwiejnym krokiem podchodzę do drzwi, po czym łapię za klamkę. Moja dłoń zamiera na klamce.
- Lex, porozmawiajmy - mówi Evelyn, ponownie uderzając w drzwi, lecz tym razem już lżej. Otwieram drzwi, a blondynka rzuca mi się na szyję i zamyka w niedźwiedzim uścisku.
- Cześć - uśmiecham się szeroko w stronę bruneta.
- No hej, piękna - chłopak przytula mnie do twojego torsu. Czuję się tak bezpiecznie. Wreszcie ktoś mnie kocha i potrzebuje. Rodzice mnie ignorują i krytykują na każdym kroku. Mam ich dosyć. Po moim policzku ściekają słone łzy.
- Wszystko w porządku? - Tony całuje mnie w czubek głowy, przytulając odrobinę mocniej.
- Nie. Nic nie jest w porządku. Oni znowu zaczęli mnie krytykować i porównywać do Annabelle. Ja już nie daję rady - zacisnęłam w ręce fragment jego śnieżnobiałej koszulki.
- Będzie dobrze. Nigdy cię nie zostawię.
- Zostawiłeś mnie - szeptam do siebie, odrywając się od Evelyn. Moja przyjaciółka wygląda jakby nie spała co najmniej dwa dni. Ma podkrążone oczy, przetłuszczone, opadające na bladą twarz blond włosy. To wszystko moja wina. Tylko i wyłącznie moja.
- Tak bardzo cię przepraszam - ponownie wtulam się w Stark, brudząc tuszem materiał jej różowej koszulki.
- Nic się nie stało. No już cichutko - próbuje mnie uspokoić głaszcząc po głowie.
- Przeze mnie on nie żyje - załkałam, siadając na kanapie.
- Nie prawda - zaprzecza Eve.
- Zwykłe pieprzenie. Gdybym się wtedy z nim nie pokłóciła, on by nie wsiadł do tego pieprzonego samochodu. Wszystko to moja wina - krzyczę, chowając twarz w dłoniach.
- Spokojnie... - przerywam jej.
- Zostaw mnie samą - mój głos powoli się załamuje - proszę.
- Nie zrób nic głupiego, Alexis - i po pomieszczeniu roznosi się dźwięk zamykanych drzwi. Spieprzyłam wszystko. Tracę wszystkich. Kto następny? Ross? Rydel? A może Riker? On też nie może sobie wybaczyć śmierci Tony'ego. Wszyscy za nim tęsknią. Jednak dla mnie to jak odebranie cząstki mojej duszy. Zerkam kątem oka na leżącą na pościeli zabrudzoną szkarłatną cieczą żyletkę.
"Zostanę tutaj. Dla niego"- powtarzam sobie w myślach, ale wiem, że jestem zbyt słaba i sobie nie poradzę.
***
Hej tutaj ponownie Phoenix, a to pierwszy rozdział. Jest trochę krótki, ale z czasem będą coraz dłuższe, znaczy postaram się o to aby były takie akuratne. Mam wrażenie, że podpowiedziałam trochę za dużo, no ale nie mam na razie na to innej koncepcji, więc to by było na tyle.
zapraszam do obserwowania i komentowania
~Phoenix
0. Without you
Czterech mężczyzn opuszcza czarną, drewnianą trumnę w dół. Obijające się o ziemię krople deszczu są jedynym dźwiękiem na cmentarzu, co jakiś czas przerywane cichym łkaniem niektórych kobiet. Matki, babci, ciotki, siostry. Jednak ja stoję nieruchomo wpatrując się w pokrywę. Staram się powstrzymać cisnące się do oczu łzy. Jednak nie potrafię. Świadomość, że nawet się z nim nie pożegnałam zabija mnie od środka. Chcę z nim być. Chcę go odzyskać.
"Straciłam kogoś ważnego dla mnie, a kochałam go całym sercem. Wiem, że już nigdy go nie zobaczę. Tych ciemnych oczu, w których zawsze tańczyły radosne iskierki. Tych ust, które witały mnie co ranek. Tych ramion, które tuliły mnie co wieczór. Tęsknie za nim i nikt nie jest w stanie mi go zastąpić."
***
Hej wszystkim, tutaj Phoenix, a to moje pierwsze fanfiction. Prolog niewiele mówi, w zakładce "Bohaterowie" znajdziecie drobne podpowiedzi dołączone do zdjęcia każdego z bohaterów. Na razie jeszcze się w tym nie orientuję do końca, ale będę starała się prowadzić bloga najlepiej jak tylko potrafię.
~Phoenix
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)